Ostatnie dni lata upłynęły pracowicie i w atmosferze niepokoju. Ja błądziłam już myślami w klimatach przedszkolnych, myśląc z przestrachem, jak przetrwamy okres adaptacji. Z racji podarowanego nam wora z ogórkami skupiłam się na procesie produkcyjnym weków. Odrywając się od przedszkolnych dywagacji musiałam skupić swoje myśli i energię na odkurzaniu starych przepisów, testowaniu szczelności słoików, obieraniu, siekaniu, pasteryzowaniu itp. Trochę bez przekonania, co do efektów końcowych, ale uspokojona, że nie uroniłam ani jednego z podarowanych darów natury i w poczuciu dobrze, tj. wg odgórnych wskazówek, wypełnionego obowiązku uwolniłam się od wielkiego torbiska z zieloną zawartością.
Przy okazji ogórkowej linii produkcyjnej zdobyłam się na odwagę, by odtworzyć stary przepis na genialną sałatkę z oliwą, którą wiele lat temu przygotowywałam razem z babcią. Sałatka bezpiecznie ukryta w babcinej spiżarni wiele razy pojawiała się na stole, za każdym razem, gdy pojawiałam się z wizytą. Była moim ukochanym przysmakiem i jakimś cudem, zawsze gdy byłam głęboko przekonana, że jej zapasy dawno się już wyczerpały, babci udało się wyczarować jeszcze jeden ostatni słoiczek. Nie wiem już ile tych "ostatnich" słoiczków pojawiało się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki na babcinym stole, wprawiając mnie każdorazowo w zaskoczenie pomieszanym ze ślinotokiem.
Próbowałyśmy któregoś lata w maminej kuchni wyczarować kolejną partię mojej ukochanej przystawki. Sukcesu sałatki nie udało nam się powtórzyć. Odtwarzałyśmy przepis z pamięci, musiałyśmy pomylić składniki i po niecierpliwych oczekiwaniach, co też w słoikach zakwitło, przeżyłyśmy niemiłe rozczarowanie...
Może jednak tym razem, będę mieć więcej szczęścia?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz