poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Dzieduszka Maroz

Zaszczycił nas swoją wizytą pewnego sierpniowego wieczoru. Nikogo to dziwić nie powinno, bo anomalia pogodowe są ostatnimi czasy na porządku dziennym. Lato upływa póki co pod znakiem skrajności: albo leje z nieba żar (choć w sierpniu nieco mniejszy niż lipcowe tropiki), albo deszcz. Przy czym gdy już padać zacznie, końca nie widać. Ani końca deszczu, ani ulicy, gdyż staram się być niewzruszoną na kaprysy pogody i niezależnie od tego czy leje, czy wieje, wychodzić z domu by załatwić mniej lub bardziej ważne sprawy. Dzięki moim wspaniałym kaloszom (najlepszy zakup w ostatnim kwartale) nie straszne mi kałuże czy skaczące po nich beztrosko dziecko. Wracając jednak do dzieduszki, zgłodniały planował chyba stawić się na wigilijną wieczerzę jako strudzony wędrowiec, ale podróż mu się w czasie wydłużyła (strajki na kolei, transsyberyjskiej też) i koniec końców dobił tu dopiero latem, a że biedaczysko cuchnęło niemożebnie, zaoordynowałam mu gorącą kąpiel (aż mu zarost miejscami wypaliło). Był to jednak zabieg konieczny, by dopuszczony został na salony i do wieczornej wieczerzy. Sami zresztą zobaczcie jak się do niej szczerzy...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz