wtorek, 17 sierpnia 2010

Na górze róże...

na dole fiołki. My się kochamy jak dwa aniołki/kuśmołki. - tak brzmiał kiedyś jeden z wielu wpisów do mojego pamiętnika. Idea pamiętnika już chyba na wymarciu. Wyparła ją nasza klasa, blogi i inne portale społecznościowe. Ale nie o tym chciałam.

  Parafrazując ów niskich lotów wierszyk chciałam właściwie napisać: na dole róże, na górze burze, bo taki oto krajobraz roztaczał się z mojego okna w poniedziałkowy wieczór. Burza była nad wyraz głośna, dziecko zawodziło co i rusz ze swojego łóżeczka, a pies kulił się na moich kolanach drżąc jak osika. Zanim jeszcze na dobre się rozszalała próbowałam, bez ciekawych efektów, niestety, ustrzelić jakieś fajne fotki zza winkla mojego balkonu. Mimo ustawienia aparatu na tryb nocnym uruchomienia lampy błyskowej wychodziły same nieostre bądź totalne czernidła. Z robieniem zdjęć jest, w moim przypadku, jak z nauką języków obcych, wciąż ma się niedosyt wiedzy, by wyrazić dokładnie to, co się czuje i co autor ma na myśli. Och marzy mi się, marzy jakiś fajny kurs fotograficzny i odrobina wolnego czasu do rozwiązania znalazła by się na ten cel z pewnością, ale już nie fundusze... :-(

 Niebo przed burzą.

   Tymczasem nasza druga kruszyna rośnie sobie (szacunkowa waga 240 gram) i z głębi maminego brzucha nie docierają do niej jeszcze tak intensywne kakofonie, choć, jak poważne źródła donoszą, mogę już, w trosce o gust muzyczny i rozwój intelektualny maleństwa, słuchać Mozarta... Jeśli wierzyć nauce i parametrom technicznym kruszyna osiągnęła właśnie wielkością rozmiary owocu mango i zaczyna już codzienną porcję gimnastyki, dając tym samym bardzo żywotnie znać o sobie.

9 komentarzy:

  1. Droga Mamo, mam dla Ciebie niespodziankę w kwestii niedrogiego, baaardzo skutecznego a do tego w doborowym towarzystwie (bo moim!) SPECJALNEGO KURSU FOTOGRAFII ukierunkowanego na fotografowanie dzieci. Musimy się spotkać, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  2. P.S. Wyobraź sobie, że i ja tego samego wiczora, tyle że z mojego okna, polowałam na ciekawe, burzowe efekty, tłamsząc w sobie paniczny strach przez żywiołem. Efekty i u mnie marne...Po kursie fotografii dziecięcej proponuję zapisać się na "krajobrazy".

    OdpowiedzUsuń
  3. muzyka (jakakolwiek) nie ma zadnego wplywu na rozwoj intelektualny dzieci.
    kwiatki potrafia troche lepiej rosnac, ale im z kolei jest zupelnie obojetne czy to mozart, death metal czy pierdzenie do mikrofonu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Hm, jak mój rodzony brat walnie komentarz, to wyłącznie po to, by uświadomić mi moje intelektualne braki... Se wyhodowałam żmijkę. Ale prostując mój skomplikowany skrót myślowy chodziło mi rozwój zdecydowanie popłodowy a w szczególności gust muzyczny, który można nieco ukierunkować na tym właśnie etapie. Na zasadzie: znajome i oswojone w okresie płodowym dźwięki będą przyjemne dla ucha malca gdy przyjdzie już na świat.

    OdpowiedzUsuń
  5. Co powiesz jednak na tego typu wywody?

    "Badania potwierdzają, że rytmiczna muzyka sprzyja szybszemu rozwojowi mózgu płodu. Dowiedziono też, że niektóre utwory, np. muzyka Mozarta albo chorały gregoriańskie, wpływają na wzrost inteligencji dziecka, harmonizują napięcie mięśniowe, a także poprawiają pamięć i koordynację ruchową. Takie oddziaływanie muzyki na układ nerwowy dziecka badacze nazywają efektem Mozarta." (wg babyonline.pl/ciaza_i_porod_ciaza_artykul,6240.html)

    OdpowiedzUsuń
  6. A zrodlo informacji z serwisu?

    Zapewne chodzi o najbardziej znane badanie z 1993 roku, ktory wykazal tymczasowe zwiekszenie mozliwosci intelektualnych (i to tylko w pewnych sferach), w porownaniu z osobami obcujacych w ciszy. Potem badacze sami przyznali

    "Our results on the effects of listening to Mozart's Sonata for Two Pianos in D Major K. 448 on spatial–temporal task performance have generated much interest but several misconceptions, many of which are reflected in attempts to replicate the research. The comments by Chabris and Steele et al. echo the most common of these: that listening to Mozart enhances intelligence. We made no such claim. The effect is limited to spatial–temporal tasks involving mental imagery and temporal ordering."

    i dalej - uniwersytet w wiedniu zdecydowal sie przeprowadzic badanie na szerszej grupie.

    "The study only examined 40 students, however. Skeptical researchers subsequently ran their own tests to try to reproduce the results. After analyzing 3,000 cases from 40 international studies, the team at the University of Vienna concluded that there is no proof for the existence of the Mozart effect.

    "Those who listened to music -- Mozart or something else, Bach, Pearl Jam -- had better results than the silent group. But we already knew people perform better if they have a stimulus," head researcher Jakob Pietschnig told Agence France-Presse. "

    jezeli chodzi o okres poplodowy - trzebaby poszukac jakichs badan potwierdzajacych, bo wydaje mi sie, ze niestety rowniez ma to znikomy wplyw - kazdy ma jakis tam gust i powtarzanie ciagle melodii nie sprawi, ze bedzie jego ulubiona (m.in. dlatego nie sluchamy ciagle tego samego, a popularne staja sie coraz to nowe gatunki muzyki).

    a co do brakow intelektualnych - nie pisze aby wytykac czy pouczac, a jedynie uswiadamiac, ze nie wszystko co w internecie mozna wyczytac (czy uslyszec) to koniecznie prawda.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wiem, że internet może być kopalnią wielu informacji, nie zawsze prawdziwych. Tak też użyłam formy: "jak poważne źródła donoszą",przytaczając stanowisko czyjeś, nie własne. Może rzeczywiście zagalopowałam się z wyborem formy "poważne". Bardziej na miejscu byłoby określenie masowe. Prawdą jest, że często nieprawdziwe informacje, powtarzane dostatecznie często sprawiają, że łatwiej uwierzyć nam w ich rzekomą prawdziwość. Pewnie znowu generalizuję, pisząc "nam", bo winnam wykluczyć Ciebie, jako osobę bardzo dociekliwą, albo też sceptyczną wobec wielu powszechnych teorii. Przyznam, że po Twoim komentarzu szukałam bliższych informacji na temat tzw. efektu Mozarta i dotarłam do pewnej polskojęzycznej strony, na której to autor artykułu rzeczywiście poddaje pod wątpliwość prawidłowość przeprowadzonych badań, sugerując ich nadinterpretację (powołuje się na wywód Glenna Schellenberga, psychologa z University of Toronto). Jak widać jednak, mimo, że od badań z roku 1993 dzieli nas już 17 lat, rynek muzyczny oferujący nam klasykę z wizerunkiem niemowlęcia na okładce, nadal ma się świetnie. Jak sceptycznie by się jednak do owych badań i kwestii inteligencji w jej kontekście nie odnosić, Mozarta, moim skromnym zdaniem, słuchać warto, dla samej choćby przyjemności słuchania.
    Co do gustów i powtarzalności, nie do końca się z Tobą zgodzę. Gust kształtuje się i jest dynamicznym procesem. Dostarczając dziecku różnorodnych bodźców muzycznych wzbogacamy je, dajemy mu bogactwo wyboru, uczymy pewnej muzycznej wrażliwości. Wielu ludzi wzdryga się na samą wzmiankę o muzyce poważnej, choć tak na prawdę to pojęcie bardzo pojemne i nierzadko się tej muzyki po prostu nie zna. Coś na zasadzie nie lubię szpinaku, choć nie znam jego smaku. Pewnie nie odnosiliby się do niej z tak dużą rezerwą lub niechęcią, gdyby była w ich życiu stałym elementem, dzięki czemu bardziej "oswojona" i gdyby był to różnorodny repertuar. Jeśli Twoim zdaniem, powtarzalność melodii nie ma żadnego związku z jej lubieniem lub też nie, to jak wyjaśnisz fenomen przywiązania do pierwszej wersji danego utworu? Uważam, że jest wiele w stwierdzeniu, że lubimy to, co znamy. Szczególnie odnosi się to do dzieci (tak w kwestii muzyki jak i gustów kulinarnych). Fakt, iż popularne stają się nowe gatunki, wykonawcy wynika z potrzeby urozmaicenia, poszukiwania nowości i jest też dowodem na to, że nasze gusta i potrzeby ulegają transformacji. W każdej sferze naszego życia istnieje jednak i pewna klasyka, rzeczy ponadczasowe, do których sentyment i słabość pozostają w nas już na zawsze, niezależnie od tych zmieniających się upodobań.

    OdpowiedzUsuń
  8. Roznorodnosc bodzcow - i owszem - tylko z tym ksztaltowaniem i ukierunkowaniem mi chodzi bardziej wlasnie o fakt, ze od samego sluchania muzyki powaznej dziecko jej nie polubi (zwlaszcza ciaglego - ktore moze miec odwrotny efekt - jak np. znienawidzenie dania, ktore rodzic w ciebie wmuszal w dziecinstwie).

    Co do rynku, ktory ma sie dobrze - wiele rynkow, ktore nie maja zadnych dowodow w rzeczywistosci ma sie dobrze - od homeopatii po wrozbiarstwo - ba - te ostatnie maja sie wrecz rewelacyjnie od wiekow, a nie jedynie kilku lat, mimo iz praktycznie wszystkie techniki (zimny odczyt, cieply odczyt, technika shotgun, stwierdzenia horoskopowe/Barnum'a itd.) uzywane przez wrozbitow i innych szarlatanow zostaly odkryte i sa dostepne dla kazdego zainteresowanego, to sa ludzie, ktorzy po prostu nie przyjmuja tego do wiadomosci.
    Co do lubienia oryginalnej melodii - zauwaz, ze odnosi sie to jedynie do melodii lubianych i ma troche inne podloze psychologiczne. Jezeli nie lubilas danego utworu, uslyszenie go w innym wykonaniu (np. w zupelnie innym gatunku muzyki) sprawia, ze piosenka, ktorej do tej pory nie moglas sluchac - staje sie twoja ulubiona. Ba - sam mam pare piosenek, ktore slyszalem np. w latach 90-tych (i pochodzacych z tych czasow lub nawet wczesniejszych), ba - nawet nie mialem nic przeciwko, ale tak naprawde wole znacznie bardziej wspolczesne wykonania, np. z "mocniejszych" gatunkow muzyki.
    Jeszcze inna sprawa na pograniczu gatunku - zauwazylas jak wiele jest, zwlaszcza teraz przerobek czy remixow muzyki starszej i wspolczesnej. Ciekawostka jest to, ze pewne piosenki (niezaleznie czy wspolczesne czy dane, sentymentalne) trafiaja do bardzo szerokiej publicznosci - wykonawcy (a tak naprawde studia, bo wykonawca ma tu najmniej do gadania) ryzykuja czesto nawet pozwy sadowe o wykorzystanie muzyki, aby stworzyc swoja wersje popularnej piosenki.

    OdpowiedzUsuń
  9. Wiadomo, że żadna przesada nie jest wskazana. W końcu i kota można zagłaskać na śmierć...

    Ciekawa jestem czy pisząc o znienawidzonych wmuszanych potrawach przychodzi Ci do głowy coś konkretnego? Mnie od razu przypomniała się Twoja szynka za lodówką...

    Z muzyką podobnie jak z jedzeniem: jest produkt, który można podać na wiele sposobów, wydobywając za każdym razem inny smak. Sam w sobie może być kompletnie bezpłciowy, niewłaściwie podany okazać katastrofa dla podniebienia, w połączeniu z odpowiednimi dodatkami stworzy kulinarny meisteresztyk.
    Przychodzi mi właśnie do głowy obiegowa opinia, jakoby dzieci nie znosiły szpinaku. (Moje jest chlubnym wyjątkiem, na co mam namacalne dowody). Zastanawiałeś się kiedyś z czego wynika?
    Podobnie utwór muzyczny: tekst/motyw to jedno, jego akustyczna oprawa to drugie. Dobór instrumentów, proporcje itp. dopiero wypadkowa kilku składników może zadecydować o jego wyjątkowości i o tym, czy przypadnie nam do gustu. Są utwory przykuwające naszą uwagę ze względu na tekst i takie, które mimo, że na płaszczyźnie językowej są dla nas zupełnie niezrozumiałe odbieramy pozostałymi zmysłami (przekazują pewien emocjonalny ładunek)i są nam szczególnie bliskie. Nie wiem jak jest w Twoim przypadku: mi czasem tekst przeszkadza w odbiorze/ lubieniu danego utworu i odwrotnie. Poza tym, w całej naszej dyskusji muzyczno-kulinarnej, warto wspomnieć (odrywając się od walorów artystycznych i oceny merytorycznej), że w obu przypadkach nie bez znaczenia są pozytywne lub negatywne konotacje, jakie wywołuje (czasem zupełnie podświadomie)dana potrawa czy utwór. Niezmiennie przypomina mi się anegdota o Gerardzie, jego mamie i czerwonym barszczu (który uwielbiam).
    Tak więc warto mieć szanse obcowania z różnorodną muzyką, próbować różnych specjalności by wyrobić sobie o nich własne zdanie. Czy mogę jednoznacznie stwierdzić, że nie lubię drobiu, bo miałam tę wątpliwą przyjemność spróbować paskudnej kaczki u ciotki na imieninach? Nie pociąga mnie twórczość Bacha ani Straussa (choć przyznam, poznałam niewielką część), ale są utwory Mozarta czy Beethovena które są w moim odczuciu wyjątkowe. Nie przekonałabym się o tym z pewnością, gdybym po pierwszych, niekoniecznie przyjemnych, kontaktach z klasyką, mimo wszystko nie sięgnęła po jego płytę i nie wysłuchała jej do końca...

    OdpowiedzUsuń