Skryłyśmy się dziś w cieniu dobrotliwego drzewa na maleńkim, kameralnym placyku. Z racji wczesnej pory byłyśmy jedynymi tambylcami, więc zrzuciwszy buty, mogłyśmy wyobrazić sobie, że jesteśmy na wyludnionej plaży. Może szumiało w wyobraźni, drzewo w realu. Za płotem kwitły kwiaty. Piasek był także prawdziwy i błoga cisza, którą przerywało tylko raz po raz radosne parskanie drewnianego konika...
Zza płota Zuza wypatrywała kota.
Tymczasem matka - wariatka obwąchiwała kwiatka.
Widok różanych pąków przeniósł mnie w czasy mojego dzieciństwa, kiedy to biegając beztrosko po parku, zrywałyśmy z podwórkowymi koleżankami takie różnokolorowe pączuszki (ogołacając miejscowe klomby)
i używając ich w charakterze pomadek do ust.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz