W pełnym rynsztunku i mobilizacji stawiłyśmy się w podwojach przedszkola wrześniowego poranka. Czułam się jak matka wyprawiająca swe dziecko na wojnę. Biedne podekscytowane dziecko nie wiedziało, co je czeka i że przedszkole to swoisty pole walki... walki o wyznaczanie swojej pozycji w grupie, zdobywaniu uwagi, wyrażania i egzekwowania swoich potrzeb, walki z tęsknotą za bliskimi i oswojonymi miejscami i ludźmi, walki z własną słabością. Ach, moja kochana mała Zu w wielkim świecie...
Na placu - w swoim żywiole. Jeszcze w towarzystwie mamy...
Ale po jej (moim) wyjściu polały się łzy rzęsiście...



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz