Połączenie dziecięcej, cherubinkowej fizjonomii Zuzi z poważną retoryką wypowiedzi, mentorskim tonem, wsparte "dorosłymi" gestami to prawdziwa mieszanka wybuchowa, prawie tak zabawna jak skecze Monthy Pythona. Ostatnio muszę się mieć mocno na baczności, bo dziecko moje czujne, bacznie obserwuje i poucza.
- Nie przesadzaj, Monika! Nie wolno tak gadać! - zostałam poinstruowana, w dodatku przy świadkach, przez rodzone dziecko, kiedy to próbowałam udaremnić jej próby uruchomienia odtwarzacza DVD. Czyni to ostatnio tak namiętnie, zmieniając repertuar średnio co 10 minut, że obawiam się o żywotność ulubionych płyt z bajkami. Nawet przeniesienie ich dwa piętra wyżej okazało się nie być dla mojej Zochy Samochy żadną przeszkodą. Przynosi do pokoju swój po(d)ręczny fotelik i wspina się na wysokości, by wygrzebać co trzeba, po czym pstryka znajomą już kombinację by uruchomić film, który w danej minucie wydaje się idealnym wyborem, by po chwili zmienić go na kolejny i kolejny.
- Ojej, głowa mi pęknie! - zawodzi podczas drogi powrotnej z przedszkola Zu.
- Od czego? - pytam zaciekawiona nowym powiedzonkiem.
- Bo tak wieje, że normalnie szok! - stwierdza ze śmiertelnie poważną miną córuś.
Wiatr rzeczywiście prawie halny, ale dzień za to słoneczny, co po ostatnich deszczowych klimatach jest miłą odmianą, korzystamy więc z uroków spaceru, mimo groźby uszkodzeń głowy...
Wrześniowe ogródki skąpane w słońcu cieszyły oko podczas spaceru.
Po obfitym obiedzie następuje podział gum pomiędzy domowników: każdemu przypada w udziale jedna sztuka. Ta dla taty zostaje odłożona na odległą krawędź stołu. Po chwili jednak Zu czyni na nią zakusy.
- Tacie zostawię jedną. - stwierdza.
- Ta jest już ostatnia, miała przecież czekać na niego, aż wróci z pracy. - przypominam.
- To mu kupimy! - uspokaja mnie dziecko, odwijając słodycz z papierka.
- Nie będziemy już dziś wychodzić do sklepu. - wyjaśniam, choć widzę, że los gumy jest już w zasadzie przesądzony.
- Musimy mu kupić, bo będzie płakał. - przekonuje mnie dziecko.
- Nie mam już pieniążków, kochanie. - jestem nieugięta.
Ale dziecko i na to znajduje szybko rozwiązanie, bo uspokaja mnie natychmiast, mówiąc:
- Pani ma. Musisz jej powiedzieć i po prostu wyjdziemy... - tłumaczy jak matce z innej planety.
A ja naiwna płaciłam za każdym razem...
Padłam dziś mocno zmęczona podczas popołudniowej drzemki małej. W założeniach miała być to krótkie regeneracyjno-rozgrzewające pół godzinki pod puchowym kocem. Tymczasem spałam jak zabita bite dwie godziny, dopóki nie zbudziło mnie łaskotanie w nos mojej anielicy.
- Oj, coś mi tu kliknęło! - odparła, jak na dziecko ery komputerów przystało, chwytając się z filuternym uśmiechem za kolano.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz