czwartek, 23 września 2010

Na pożegnanie lata

Astronomicznego, rzecz jasna, bo kalendarzowe już dawno odpłynęło w krainę niebytu ruszyłam szturmem do podziemi w celu odbycia mega galaktycznych porządków. Kto sieje, ten zbiera! - odgruzowując piwnicę poznałam nowy wymiar starego ludowego porzekadła. Odbywając niezliczona ilość kursów do osiedlowego śmietnika biłam dziękczynne pokłony Panu, że mieszkamy na parterze i nie muszę zbyt intensywnie pracować nad muskulaturą pośladków skacząc jak kozica górska po świeżo umytych schodach. Choć tylko dzięki koziemu uporowi rozprawiłam się, przynajmniej w znacznym stopniu, z masą nagromadzonych i od wieków nieużywanych przedmiotów, które wypełniły naszą piwnicę po przysłowiowe brzegi. Czułam się jak kret ryjący w ziemi, w dodatku kret w ciąży, z wierzgającym obciążnikiem w okolicach pępka. W swoim krecim królestwie miałam, jak się okazało, towarzystwo i nadzór w osobie mocno upierdliwego sąsiada zwanego Świetojebliwym (przydomek baaaardzo adekwatny), który to najpierw indagował mnie na okoliczność zepsutego zamka (detektyw od siedmiu boleści), by potem wnikliwie analizować, co zrobię z czarnymi workami na śmieci (po tym jak przerył już cichaczem zawartość jednego z nich, nie wiem czy w obawie, że ukryłam w nim zwłoki czy w nadziei, że skarby przecudnej urody)obawiając się, że zostawię je na środku piwnicy psując jego koncepcję ładu i porządku. 
   Żmudne prace porządkowe pozbawiły mnie nie tylko sił witalnych, ale i twórczych. Wieczór bowiem poświęcić miałam na wykonanie ilustracji do przedszkola małej, ale szło mi jak ... tirówce w deszcz! Mur, beton, ciemna masa. Postanowiłam nie walczyć z otępieniem i wykorzystać wykonane już wcześniej prace, ale ... przepadły, jak kamień w wodę. Przeszukałam szufladę po szufladzie, metodycznie, po 3 razy, płacząc z bezsilności wobec złośliwości przedmiotów martwych. Pochowały się gdzieś, złośliwe cholery! I co mi przyszło z tych wymuskanych, wysprzątanych szufladek, półeczek i szafek?! Kiedy już wypłakałam oczy, łyknęłam trzy głębsze (hausty powietrza, oczywiście) usiadłam raz jeszcze przy moim lśniącym stole w kolorze limby czekoladowej i powtarzając za pewną poczytną polską pisarką: Ja wam jeszcze pokażę, zaczęłam znowu mieszać, wycinać i kleić. I wyszła mi łąka. Na pożegnanie lata...


Kolory w realu dużo ciekawsze, ale zdjęcie z lampą robione w pospiechu w nocy, nie oddaje uroku, niestety...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz