... przyprawiają mnie o mdłości. Tydzień minął jak z bicza strzelił a ja ugrzęzłam pomiędzy drewnianymi puzderkami, serwetkami, uprawiając z doskoku akcję agitacyjną dotyczącą kursu fotograficznego (mozolna to i niewdzięczna, jak się okazało, fucha), walcząc ze zmiennymi nastrojami Zuzi. Zdjęć jak na lekarstwo, a tych dobrych jeszcze mniej... Kolejny tydzień przedszkolny za nami. Wychodzimy na prostą!
Zadziwiające jak jednak w krótkim czasie dziecko zaczyna oswajać się z całkiem nową sytuacją. Początkowo zalewało się rzewnymi łzami już w domu na samą myśl, że wybieramy się do przedszkola. Wylewało krokodyle łzy podczas porannych zabiegów i ubierania, nie było mowy o przełknięciu ukochanego "ogurciku" czy wypiciu mleka. Po 3 dniach zaprzestało łzawych poranków i choć świadomość kolejnego przedszkolnego dnia bez mamy nadal napawała niepokojem, trzymało się twardo aż do chwili przestąpienia progu przedszkola. Przedwczoraj wieczorem, pogodzone już chyba ze swym losem, po dopełnieniu wszelkich wieczornych rytuałów, otulone ciepłą kołderką pożegnało tatę tymi słowy:
- Jutro rano Was obudzę i pojedziemy razem do przedszkola.
A rano dodawało sobie otuchy powtarzając:
- Pójdę do przedszkola i będę jadła z dziećmi "siadanko".
Co prawda nadal jeszcze z chwilą dotarcia do szatni włącza się tryb: Szlochaj głośno i żarliwie wtulaj się w objęcia mamy, ale po moim wyjściu szybko dochodzi do siebie i coraz lepiej radzi sobie w grupie. Dziś na dobranoc z pokoju Zuzki dało się słyszeć całkiem donośne: "Jestem sobie przedszkolaczek, nie grymaszę i nie płaczę..." Może nie jest to do końca zgodne ze stanem rzeczywistym, ale ogromnie cieszy mnie to, że radzi sobie nie gorzej niż inne (starsze nawet) dzieciaki.
A wraz z Zuzią padł i miś. Był z nią też w przedszkolu dziś.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz