wtorek, 7 września 2010

Kap, kap, płyną łzy...

"Kap, kap, płyną łzy
w łez kałużach, ja i Ty,
wypłakane oczy i przekwitłe bzy.
Płacze z nami deszcz
i fontanna szlocha też.
trochę zadziwiona skąd ma tyle łez."

Dziś nastał prawdziwy kryzysowy poranek. Do Zuzi dotarło wreszcie, że fakt pozostawienie jej w przedszkolu samej nie był jednorazowy i że tak ma być już zawsze. Wpadła dziś w straszny lament. Ukochany jogurcik z kuleczkami został obficie skropiony łzami wielkimi jak groch. Oj, dramatyczne to i przykre momenty dla równie łatwo wzruszającej się matki. Gdyby nie fakt, że ta bardziej rozsądna i pragmatyczna strona mojej natury trzymała mnie mocno w ryzach, nakazując zachowanie zimnej krwi, płakałabym równie gorzkimi łzami. A tak musiałam odłożyć ten proceder na później...

Jeszcze wczoraj pocieszała mnie myśl, że radzi sobie nieźle, lepiej nawet niż niektóre dzieci (to słowa pani Asi), ale dziś zrozumiałam, że najbardziej dramatyczne i łzawe momenty dopiero przed nami i że muszę to wszystko przyjąć na klatę, mierząc się z trudnymi pytaniami Niuni, z jej strachem i pragnieniem bezpiecznego bytowania tylko przy mamie. I że żadne słowa, obietnice i czułe gesty nie zminimalizują bólu rozstania, który odczuwamy obie, choć tylko ja wiem, że jest on konieczny i choć w innym wymiarze, ale potrzebny nam obu.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz