niedziela, 26 września 2010

PrawDZIWKI i leśny marszobieg

W piątek zbudzono mnie brutalnie skoro świt, a to za sprawą zaplanowanego na ten dzień wielkiego grzybobrania. Małż roztoczywszy przede mną wizję niezliczonej ilości grzybów, które planował zebrać przy moim współudziale dla swojej ulubionej teściowej, zapakował mnie wraz z naszym stałym zestawem podróżnym (dziecko, pies + akcesoria) do samochodu i ruszyliśmy z piskiem opon w jego rodzinne strony i lasy. Nie powiem, że z pieśnią na ustach, bo mimo skocznej (za sprawą dziurawych dróg) jazdy i energetycznej muzyki (głównie w wykonaniu Fasolek) byłam jeszcze mocno nieprzytomna. Po sycącym śniadaniu wyruszyliśmy w teren i jako pierwsza upolowałam dorodną gąskę!

Zbierałam jadalne, bardziej fotogeniczne były jednak te trujące okazy.



 Z językiem do pasa przemierzałam leśne knieje, by dorównać kroku męskiej ekipie. I niczym ta przysłowiowa żaba na polanie chciałam się rozerwać: bo jak tu zbierać i pstrykać jednocześnie? Nie da się przecież robić dobrze dwóch rzeczy na raz!
Dorobek grzybowy miałam dość imponujący,
fotograficzny zdecydowanie mniej...





Urzekły mnie muchomory. I przypomniała Marysia Peszek, kwiląca:
"By się pozbyć złych humorów, robię zupę z muchomorów."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz