wtorek, 2 marca 2010

Zdążyć przed północą

... to moje dzisiejsze motto. Czasu niewiele, natchnienia jeszcze mniej. Jedyne, co mi ostatnio wychodzi, to porządki (tyle, że z doskoku). Do wiosny się pewnie uwinę... W materii artystyczno-wytwórczej czarna dziura. Zdjęcia leżą i proszą o zmiłowanie, prace nad tacą utknęły w martwym punkcie, stolik kawowy... ach, szkoda gadać, w stanie opłakanym... Jeśli ktoś spotka moja zbłąkaną wenę, proszę ją odesłać we właściwe miejsce. Z góry serdecznie dziękuję!

                                                                                ***

Dziecko podczas obiadu prowadzi taki oto monolog ze swą umiłowaną
(i niemiłosiernie umorusaną już owieczką):
-Chodź Pańci... Moja słodka...
Trudno mi zachować powagę, dławię się ze śmiechu zupką z zielonym groszkiem.

                                                                               ***

Mój małż(onek) lunatykuje. Przytaszczył dziś w nocy nawołujące go z wielką ekspresją dziecko do naszego łóżka (nie pamiętając o tym zupełnie rano). Dziecko wierciło się, jak by mu się kłos w gacie zaplątał, uniemożliwiając zwykłemu śmiertelnikowi (czyli mnie) ponowne zaśnięcie. Po półgodzinnej walce z żywiołem postanowiłam odtransportować Młodą do jej pokoju. Niby nieprzytomna, ale gdy tylko zorientowała się, że jest przenoszona natychmiast zaanonsowała: "Jeszcze Beee" Całe szczęście, że jako swojego talizmanu i przytulanki nie obrała sobie naszego ślubnego błękitnego hipopotama (choć zdarza się, że i on dostępuje zaszczytu zażywania poobiedniej drzemki w Zuzinym łóżeczku, o ile akurat uda jej się wtaszczyć go przez dziurę po szczebelkach, jest w końcu 2x większy od niej...)

                                   Pani zamiata czy odlatuje???


Młoda Pani Prezes....





Test wytrzymałościowy produktów Porty ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz