Niedziela, 28. lutego
56 kg, jednostki alkoholu: 1, papierosy: 0 (przecie nie palę), kalorie 2100, liczba wykonanych zdjęć: 11, udanych: 1(?)
Nie wiem właściwie po co to wlazłam, chyba z poczucia obowiązku/przyzwyczajenia. Jestem zupełnie bez życia (podobnie jak wczoraj). Energia ucieka ze mnie wprost proporcjonalnie (a może odwrotnie?) do poprawiającej się aury. Do 12 byłam jak śnięta ryba, resztkami silnej woli wygrzebałam się spod koca i zabrałam dziecko + psa na niedzielny spacer, w nadziei, że ruch na świeżym powietrzu wpłynie na apetyt Młodej. Zabiegi okazały się całkiem skuteczne: wciągnęła 3 średniej wielkości pierogi z kapustą i grzybami i trochę barszczu z grzankami. Ja zaś, korzystając z uprzejmości naszego miłego gościa, pozwoliłam sobie zaserwować ziemniaczki po litewsku. Niestety trąba ze mnie, bo nie pomyślałam o zrobieniu dokumentacji fotograficznej...I tak miesiąc luty zamknę chyba z konieczności mało oryginalnym zdjęciem dziecka z psem.
PS. Stęskniony mąż wrócił na łono rodziny, niedopieszczony i spragniony gorących zapewnień o mej dozgonnej miłości. Zagląda mi przez ramię i pyta z lekkim wyrzutem w głosie: A dlaczego ani słowa tu o miłości do męża nie piszesz? Piszę, piszę, ale między wierszami - uspokajam. A mówią, że to kobiety potrzebują ciągłych deklaracji i zapewnień o miłości...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz