Młoda doskonali sztukę konwersacji. Jestem pod wrażeniem, jak wiele trudny słówek wychodzi, ba rzekłabym, wyfruwa, z jej ust z niebywałą wprost lekkością. Drugie urodziny dopiero za dwa miesiące a ona ma tak duży zasób słów, że wciąż wprawia mnie w zadziwienie. Nie tylko bardzo ładnie je wymawia (chłopczyk, pociąg), ale układa w coraz dłuższe i bardziej skomplikowane ciągi wyrazowe. Stosuje wszystkie czasy, odpowiednie końcówki i ma doskonałe wyczucie sytuacji, w jakiej je użyć. Powtarza przy tym jak papuga. Najzabawniejsze są zgadywanki, bo jak tu rozwikłać w pierwszym odruchu słowo: "dzynki" albo "topki"? Nie wszystko da się pokazać paluszkiem...Bywa więc zabawnie, choć i nerwowo, kiedy dziecko usilnie czegoś chce, a nikt z domowników nie wie, co autor ma na myśli. Zuzia jest bardzo rozmowną istotą, i świetnym obserwatorem. Przezabawnie komentuje, to, co się w domu dzieje. Nic się przed nią nie ukryje (Mata Hari, to przy niej wypierdek mamuta) - z satysfakcją donosi, że Niunia puściła bąka, tata śpi, kawa nie dla dzieci, dzieci mleko pija, te "dzynki" nie dobe, bo buszek bolał, że idzie do pincy (kto zgadnie, o co chodzi tym razem?), ze chciała "minki", że Inka siusiu "łobiła" itp.Myślę sobie nieskromnie, że to w dużej mierze moja zasługa (gen zdolności językowych ma po mnie, to pewne ;-)), bo rozmawiałam/rozmawiam z nią tak dużo, jak to tylko możliwe... więc widać efekty. Jej żądza wiedzy jest tak wielka, że wczoraj porwała ze stołu kluczyki od samochodu i wybiegając do przedpokoju rzuciła na pożegnanie:
-Papa. Do szkoły idzie Niunia.
Scenka 1
Kuchnia w porze poobiedniej. W garnku moczy się fasola. Młoda nie odpuszcza ostatnio żadnych kuchennych rytuałów, dostawia więc krzesło i wspina się na wysokość blatu, dopada jakiejś łyżeczki i z pasją miesza w garnku.
-Co robisz? - pytam dla podtrzymania konwersacji.
- Zupę - odpowiada z powagą dziecko.
- Dla kogo ta zupa? - spodziewam się, że dla którejś z lal, no może misia. Tymczasem słyszę:
- Taty. Tata godny jest. (W)ilk tata będzie...
Och, kochana córeczka tatusia, i co za empatia...
Scenka 2
Dziecko zatrudniło się przy zmywaniu. A co jej będę żałować, myślę sobie. Niech zakosztuje, znienawidzić zdąży. Zmywanie polega głownie na przelewaniu wody z kubka w kubek itp. Mała zmywa całą sobą, dosłownie i w przenośni. W obawie o wysokość rachunku za wodę zarządzam koniec zmywania i zakręcam kran. Zula jest mokra od pasa w górę (wieczorną kąpiel mamy prawie z głowy).
- Zuzia, zobacz jaka jesteś mokra. Brzuszek cały...
- Woda na mnie skoczyła! - oznajmia odkrywczo mała pomywaczka.
Scenka 3
Zuza towarzyszy mi z zaangażowaniem we wszelkich domowych zajęciach. Generalnie myśl o wykorzystywaniu nieletnich do pracy wzdryga mnie, ale w czterech ścianach i tak nikt nie widzi, więc co się będę szczypać. Chce zamiatać w kuchni, proszę bardzo, droga córeczko: oto szczotka-zmiotka.
Mała zamiata z zaangażowaniem i mimochodem rzuca w kierunku psa:
- Zobacz Inka, prząta Niunia.
Scenka 4
Szykując kolację robimy podsumowanie dnia. Wspominamy wizytę u małej Tosi.
- A co robiłaś u Tosi?
- Biła Niunia - składa samokrytykę moje rezolutne dziecko.
- Ale wiesz przecież, że nie wolno bić dzieci. - odwołuję się do zasad dobrego wychowania - Tosia płakała i było jej smutno, że ją uderzyłaś.
- No. - potwierdza Mała kiwając głową i dodaje z przejęciem - Pani tulała. Pani musiała cacy łobić...
Sezon bujawkowy otwarty - mimo śniegu Zuzia zaciągnęła Julkę na plac zabaw, i nawet Misio się dotlenił...




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz