czwartek, 25 lutego 2010

wabienie wiosny

Od dwóch dni milczę, jak zaklęta, wiem... Pochłonęła mnie codzienność. Szczerze mówiąc i pisząc, to też mój szaro-bury nastrój trzymał mnie na bezpieczną odległość od klawiatury. Ale może to i na dobre wyszło, bo chyba zwabiłam wiosnę. Ja wiem, że to mocne słowa, i że te obskurne brudne zwały śniegu leżące jeszcze tu i ówdzie, mało przypominają krajobraz wiosenny, ale jednak coś innego dało się wyczuć dzisiaj w powietrzu.
Może to dopiero obietnica, że ona jednak lada moment zawita. Wytęsknione i wymodlone słońce rozświetliło wreszcie  nasz salon, sprzęty domowe nabrały właściwych kolorów, a powietrze, które wpadło przez uchylone okno pachniało nadzieją, że to już wkrótce... a ja poczułam, że .... muszę wyprać firanki! Albo najlepiej wyrzucić tj. wymienić na nowe. Tak, jak zrobiłam dwa dni temu z zawartością mojej garderoby. Nadszedł wreszcie ten dzień sądny, gdy wszystkie bezwstydnie upchane, za małe za duże, w złym fasonie, kolorze, nie z tej epoki, nie dla tej właścicielki spodnie, spódniczki, bluzeczki, sukienki, wszystkie fatałaszki, pokryte niewidzialnym kurzem, i sprawiające iluzję bogactwa strojów wywleczone zostały na środek pokoju i ku uciesze dziecka (grzebało w nich bez końca), i męża (oglądał tę rewię mody jak zza kulis, raz widząc mnie w negliżu, walczącą z suwakami, guzikami, po chwili zaś w głupich pozach i minach paradującą przed lustrem), rozprawiłam się z nimi (d)ostatecznie. Pokój wyglądał jak po napadzie rabunkowym, na finiszu bolała mnie już głowa, ale bez taryfy ulgowej potraktowałam wszelkie modowe wpadki, zakupowe niewypały, bezsensowne kaprysy, spodnie pijące w pasie, bluzki odsłaniające bezlitośnie już nie mój brzuszek wrzucając kolejno do przepastnego kartonu kolejne sztuki i z ulgą (połowiczną, ale jednak) patrząc na przestrzeń w szafie. Etap I akcji ratunkowej pod hasłem: uwolnij łacha zakończony! Na razie karton stoi w kącie a ja udaję, że go nie widzę. Otwieram szafę i delektuję się przestrzenią, nic z niej nie wypada, nie starszy. To, co cudownie ocalało, leży posłusznie złożone w piękną kosteczkę. Trochę tylko czuć malizną, jak rzekłaby moja mama, ale... jakoś temu zaradzimy, z czasem.  Bijąc się w piersi, obiecuję sobie tylko solennie, że żadnych więcej nieodpowiednich straszydeł tam nie powieszę. Tak mi dopomóż Panie, Matko i Wszyscy Inni.
Przydałyby się jakieś zdjęcia, jako materiał dowodowy. Ale to już innym razem...

Dorzucam zdjęcia - w systemie ratalnym.

Rata 1 czyli kolaż pt.: "Myję zęby"

 
Kolaż pt.: "Nie tylko prosię dłubie w nosie"


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz