...nie ma wolnej przestrzeni, chciałoby się dokończyć. Pewnie już o tę wolną miłość byłoby już nieco łatwiej, o ile pani Jakubowicz byłaby jeszcze zainteresowana tym wątkiem. Wybrałyśmy się dziś z Młodą towarzysko i gwoli zaspokojenia ciekawości na drzwi otwarte do jednej z toruńskich firm budowlanych. Towarzysko, bo jako moralne wsparcie dla pewnej przyjaciółki rodziny. I w dodatku na miejscu spotkałyśmy naszych tj. moich sąsiadów, co było szczególnie dużą atrakcją dla Zuzy, bo natychmiast zorganizowała sobie towarzystwo w osobie 11-letniej Julki. Jako zwierz towarzyski (bo nadmienić warto, że lgnie do dzieci niczym pewien miś o małym rozumku do miodu) i chętnie przejmujący inicjatywę w momencie skupiła na sobie jej uwagę, wciągnęła w bieganie po betonowych labiryntach i prowadziła grzecznie za rączkę po nieco poślizgowych schodach. Wracając jednak do zwiedzanego obiektu - nie jest to z pewnością najpiękniejszy zakątek Torunia, ale znając budowlane realia naszego miasta punkt dość atrakcyjny pod względem lokalizacji. Oglądałyśmy tylko spore metraże, tj. w przedziale 87-120m, i byłyśmy okrutnie rozczarowane... Przyjmując czysto hipotetycznie, że dysponujemy żywą gotówką, która umożliwia nam zakup któregokolwiek z nich, chyba zostałybyśmy jednak na starych śmieciach. Katastrofa budowlana... to chyba byłoby najbardziej adekwatne określenie. Pokoje wielkości domków na drzewie vel. dziupli (z wyjątkiem salonów, zwykle połączonych z beznadziejnymi aneksami), wersje z tzw. oranżerią (przypominającą poczekalnie lekarskie, z oknami w kolorze ostrej sraczki, że się tak wyrażę) to kolejne nieporozumienie. Nowy styl budowania (rodem ze starego Szymona M.) - cięcie-gięcie (klity, skosy) tragosssssy....... Na całej wyprawie najbardziej skorzystało dziecko (podobała mu się piaskownica w salonie ;-) i okna bez zapory tj. firany, utrudniającej podglądanie cudów za oknem), tym bardziej, że w drodze powrotnej zaliczyłyśmy jeszcze salonik prasowy, gdzie nieoczekiwanie (i na odpowiedniej wysokości) znalazły się książki dla dzieci i moja kochana czytelniczka migusiem odkryła ten regalik, z którego z takim zachwytem porwała jedną z książek, i z takim urokiem próbowała z fantem pod pachą zbiec z miejsca przestępstwa, że wszystkie trzy (łącznie z miłą ekspedientką) byłyśmy żywo ubawione. Dziecko wybrało właściwą lekturę, więc uregulowałam rachunek, obawiam się tylko czy nie ukręciłam sobie bacika na dupkę, bo znając jej doskonałą pamięć będzie mnie tam teraz zaciągać przy każdej spacerowej okazji...

Dziecko moje kochane wykazuje żywotne zainteresowanie piłką (mam nadzieję, że była to kwestia owej piłki, a nie jej posiadacza). Podczas spaceru z psem zamajaczyły nam w oddali dwie dziecięce sylwetki - różowa kurtka poruszała się na hulajnodze, a granatowa kopała piłkę. Reakcja Młodej była natychmiastowa, wręczyła mi smycz i ruszyła niczym hart w kierunku dzieci. Przypuszczałam, że dopadnie tej pierwszej, jakież było jednak moje zdumienie, kiedy zaczęła biegać za wyrośniętym już nieco chłopcem i bez pardonu domagać się dostępu do piłki. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że lada moment dołączy do tej rozwrzeszczanej hałastry, bębniącej i przeganianej spod naszych okien... Cóż, chyba musimy się stąd jednak wyprowadzić...
***
Mąż zesłany do ciężkich robót, ja pełna pomysłów na babski luzacki wieczór, wyobrażałam sobie, że wreszcie bez wyrzutów sobie pofolguję (jeszcze nie byłam pewna w czym: czytaniu, scrapowaniu, decoupazowaniu, oglądaniu babskich filmów), tym czasem dopadło mnie okrutne zmęczenie i ból głowy. Dokończyłam tylko niemiecki film wojenny (po prostu w sam raz na tę okoliczność ;-), "Kobieta w Berlinie" (mogłam chociaż nieco odświeżyć mój szwabski, jak rzekłby Wielki Brat) i miałam już wskoczyć pod ciepłą kołderkę, kiedy zza ściany dopadły mnie dzikie wrzaski nawiedzonego fana żużlu. Pomyślałam, że i tak nie zasnę, więc postanowiłam skrobnąć zwyczajowo tym razem krótkiego posta (a wyszedł, jak zwykle).
Wrzucam więc jeszcze garść zdjęć i spadam, bo rzeczywiście na pysk już padam...
Foto nomber łan:
Z głową w chmurach, Ja, R. i moja córa
Foto nomber tu:
Rozpacz w kratkę
And last but no least:
Nieważne, że krzywo, ważne, że samodzielnie...
Spokojnej nocy!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz