poniedziałek, 8 lutego 2010

Nie lubię poniedziałków

Poniedziałek upłynął na rutynowej krzątaninie: pranie, gotowanie, drobne porządki, zakupy. Żadnych twórczych rozrywek, spotkań towarzyskich. Oby do wiosny - myślę sobie, walcząc ze spadkiem formy i nastroju. Obiad zainspirowany poranną lekturą został spałaszowany z wielkim apetytem.

W trakcie poobiedniego rytualnego już czytania na kanapie Młoda sama pakuje się do swojego łóżeczka, ciągnąc za sobą ukochana owieczkę i stwierdza: "Niunia pi". Jak na komendę naciągam na siebie puchaty koc i  zasypiam równie szybko jak moje słodkie maleństwo. Wieczór upływa na radosnych figlach z tatą.



                                                                      
                                                                              ***
- Zdejmij brudne rajstopki - mówię po śniadaniu.
- Małej nie trzeba dwa razy prosić, oddaje się z lubością ulubionemu ostatnio zajęciu wyrokując:
  Niunia goła będzie...
 Po degustacji soku faktycznie sucha okazuje się być jedynie pieluszka.

                                                                              ***
Podczas przegladania albumu:
- Czego szukasz - pyta zaciekawiona mama, czyli Ja.
- Jadzi... - po chwili uradowana zakończonymi sukcesem poszukiwaniami - Oooo, jest!
- A dziadek obok jak się nazywa?
- Adziej...
- Nie, ten dziadek to Antoś. Właściwie to Twój pradziadek i prababcia - objaśniam rodzinne zawiłości.
I, by pociagnąć wątek dziadka, pytam:
- A dziadek Andrzej gdzie mieszka?
- W domu - oznajmia pewna siebie Zuzia.

                                                                              ***

Podczas kolacji pytam dziecię jaką łyżeczką chce zjeść twarożek.
- Lalą misiem.
- To w końcu z lalą czy z misiem?
- Małą - odpowiada ostatecznie - wskazując mikroskopijną łyżeczkę swojej nowej lali po czym niezrażona jej niewielką pojemnością pałaszuje zawartość miseczki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz