czwartek, 18 lutego 2010

Nie placz, kiedy odjadę

17/18. lutego (no i co z tego?)
Po pełnym wrażeń wtorku, nastała leniwa środa. Goście wyjechali, dom opustoszał...
Dzieci, mężowie i zwierzęta śpią snem sprawiedliwego. Cicho, ciemno, zimno (za oknem) i ... do lata daleko!

Mimo bujnej wyobraźni nie umiem wyobrazić sobie, że jest inaczej. Gdyby tak móc wsiąść do samolotu byle jakiego, popłynąć przez chmury tam, gdzie świeci słońce, gdzie chodniki nie przypominają saneczkarskich torów, gdzie wystarczy wziewna sukienka i torebka maleńka, wygrzać się trochę na gorącym piasku, by skóra znów nabrała blasku... ach, marzenia!
W towarzystwie mniej jest czasu na zadumę nad codziennością. Ale wszystko, co miłe, kiedyś się kończy...
Pewnie gdyby nie rozkoszne dziecko, które uświetniło owo pożegnanie swoim zabawnym paplaniem, byłoby dość ponure. O tym, jak ważny jest kontekst wypowiedzi przekonali się dziś moi wspaniali gości, kiedy dziecko ukochane, widząc ubierających się ciocię i wujka, zaczęło wyciągać z szafy buciki szykując się do drogi. Podczas ubierania wywiązał się taki oto dialog:
- Zuzia, jedziesz z nami? - pyta ciocia.
Dziecko ochoczo przytakuje, gotowe zostawić mamę w rozpaczy, kontynuuje wkładanie buta.
- Myszko, ciocia z wujkiem jadą do domku. My zostajemy tutaj - tłumaczy mamusia czyli ja.
- Niunia domku ciała, tu nieeee. Innego domku! - próbuje oświecić mnie córeńka.
Po czym po chwili ni z gruszki ni z pietruszki stwierdza:
-Niunia boi mamy.
Brzmi cokolwiek złowieszczo, ale na szczęście dla mnie (oczami wyobraźni już widzę jak pani z opieki społecznej puka do mych drzwi) dziecko kontynuuje wypowiedz uzupełniając ją elementami pantomimy:
- Zdjęcie mamy, tu .... boi Niunia (wskazuje na policzki - które na ww. zdjęciu były fantazyjne pomalowane na potrzeby imprezy karnawałowej)
- Dobrze, że Zuzia sprecyzowała, o co chodzi, bo już wujek myślał, że mama Zuzię bije pod naszą nieobecność - oddycha z ulgą wujek - i stąd ta szybka gotowość do wyjazdu.

Całe szczęście, że najbliżsi rozumieją skróty myślowe gadatliwej Zuzki, w przeciwnym razie, miałabym już dawno na głowie kuratora lub przynajmniej jakąś super nianię, gotową zaprowadzić porządki i zweryfikować moje metody wychowawcze.


Zuzia w krainie biustonoszy. W ramach indywidualnej inicjatywy społecznej zaciągnęłyśmy ciocię A. do naszego ulubionego, przyjaznego kobietom, a w szczególności ich biustom, sklepu z bielizną, gdzie została prawidłowo "opomiarowana" i poinstruowana w kwestii odpowiedniego doboru tejże części garderoby. Bogatsza o cenną wiedzę i nowy model model ślicznego koronkowego staniczka opuściła szczęśliwa podwoje Aszanti. Model, który wyszukała dla siebie Zuzia, (widoczny w prawym dolnym rogu) był jednak dostępny w bardzo mocno zawyżonej rozmiarówce. Obiecałam jej jednak, że wrócimy tu jeszcze, jak nieco podrośnie.


Po wyjeździe gości nastał nieuchronnie czas robienia porządków, bowiem w domu zapanował lekki chaos. Dowody rzeczowe widoczne na zdjęciu poniżej: ramka w pozycji horyzontalnej jako podkładka do pilota, denaturat wśród kuchennych specyfików, zbłąkana skarpetka na kuchennej półce, trzydniowe freski w łazience...


Seans filmowy czas zacząć. Dziś w bardzo kameralnym gronie. Goście specjalni usadzeni na odpowiednich miejscach oczekują na rozpoczęcie AKADEMII PANA KLEKSA. Widzę, że nawet Inka złapała bakcyla.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz