Sądząc po objawach, mam chyba ADHD. Przynajmniej od wczoraj wszystko na to wskazuje. Oj, nosi mnie, nosi od samego rana, trudno mi się skoncentrować na jednej czynności. Uwagę mam dziś tak podzielną, że chyba nawet sam Napoleon chyliłby czoła... Zrobiłam listę spraw nie cierpiących zwłoki i tych od wieków odkładanych na lepsze czasy i ruszyłam z kopyta. Najchętniej zabrałabym się za wszystkie jednocześnie, ale chcieć nie znaczy móc: musiałam wytyczyć sobie realne cele i trzymać się ściśle planu.
To w kwestii teorii, w praktyce odwiedziłam chorą przyjaciółkę, której obiecałam pyszny bigos, a dotarłam z sokiem z jagód, (bigos wyszedł tak smakowity, że nie dożył godziny W, został pożarty do ostatniej fasolki i wiórka kapusty), uporządkowałam zdjęcia, w których zapanowało już prawdziwe pandemonium (luty dobiega końca, a ja jeszcze nie ruszyłam z albumem styczniowym!), pozbawiłam premii listonosza (złośliwa bestia permanentnie nie dostarcza(ła) mi przesyłek, postanowiłam więc rozprawić się ostatecznie z pocztowcem i złożyłam oficjalną skargę), dopieściłam moją skrzynię skarbów (którą zapełniłam jeszcze świeżo pachnącymi akcesoriami do scrapa), przytaszczyłam z piwnicy zapomniany stolik made by Ikea, z którego mam zamiar wyczarować nowy stolik kawowy, wyhodowałam koty w szafie Zuzi, wyprałam psa, zaprowadziłam czystki w koszach z zabawkami i książkami i parę innych równie pożytecznych rzeczy udało mi się zrobić mimochodem włączając się jednocześnie w zabawy interaktywne z Zuzią, psem i mężem (dokładnie w tej właśnie kolejności). Z tego rozpędu i obłędu zapomniałam nawet o wczorajszym blogu i dzisiejszej obowiązkowej serii zdjęć. Mam tylko nadzieję, że jutro nie padnę niczym przekłuty balonik, z którego ze świstem uciekło powietrze i uda mi się zrobić jeszcze kilka pożytecznych i koniecznych (dla higieny psychicznej) rzeczy.
Tymczasem mała Zu doskonali swe umiejętności komunikacyjne. Papla jak najęta, tworząc bardzo logiczne i rozbudowane układanki słowne. Jest przy tym tak pełna uroku, że nie sposób nie pochwalić jej pomysłowości i rezolutności.
W trakcie przygotowań do spaceru dziecko wpada do pokoju i z wielkim przejęciem powiada:
- Pa pa Misie, pa pa Lala. Niunia idzie, żeby (to ostatnio jedno z jej ulubionych słówek) Inka siusiu łobiła.
Oczami wyobraźni widzę, jak misie i lala z empatią kiwają pluszowymi głowami, tym bardziej, że rzeczywiście to ona zazwyczaj dzierży smycz i twardo nadzoruje, żeby pies zrobił to, co do niego należy.
Mała była dziś w płaczliwym nastroju i byle co wyprowadzało ją z równowagi. Poprosiłam, żeby poszła do swojego pokoju i wypłakała się ukochanej owieczce. Wróciła po chwili, i ku mojemu zaskoczeniu odparła z uśmiechem:
- Spokoiła się niunia.
W porze podwieczorku zanurkowałam z dzieckiem na ręku w szafce, w poszukiwaniu ciasteczek zbożowych. Zuzia o sokolim wzroku dostrzegła w niej błyskawicznie paczkę swoich ukochanych Mambek i wyparowała niczym z kałasznikowa:
- Mama, daj gumę jedną. Niunia godna jest.
Pomyślałam, że skoro skromnie poprosiła o jedną, to dam. Okazało się, że był to tylko tani (choć skuteczny) chwyt marketingowy...
W realu wygląda zdecydowanie ciekawej, ale przy tak ponurej pogodzie trudno oczekiwać ładnych zdjęć :-(
A oto i skarby
i koty .... na zimowe słoty
życzenia do złotej rybki - ciekawe jakie?




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz