wtorek, 16 lutego 2010

Lubię poniedziałki, gdy...

15.02.2010
Dostałam dziś wychodne od mojej wspaniałej przyszłej bratowej, dzięki czemu zaczęłam przypominać wreszcie cywilizowaną istotę. Włosy zmniejszyły objętość i przybrały jakiś bliżej określony kształt (zwany fachowo bombką, wyglądam więc, jak sama nazwa wskazuje, wystrzałowo!!!). Goście w domu, w osobie wujka Jaka i cioci Ani, oznaczają więcej rąk do zabawy i szaleństw (także tych zimowych). Dzisiejsza wyprawa spacerowo-saneczkowa zaowocowała oryginalną sesją zdjęciową na mocno ośnieżonym placu zabaw, zmarzniętymi stopami niektórych uczestników wyprawy oraz ... poważnie zbrudzonym kombinezonem małej, która zaliczyła niezliczona ilość wywrotek podczas gonitw, ucieczek i przemierzania śniegowych zapór drogowych. Szalona Zuzia na wolności wdała się także w przygodny romans z nieznajomym równolatkiem (obściskiwaniom i przytulankom nie było końca, choć kawaler oberwał też w ferworze gwałtownych uczuć strzał w  twarz, ale przyjął to na klatę). A ja, dożywszy wieku chrystusowego, doczekałam chwili, gdy mój brat rodzony przewiózł mnie na sankach (dobrze, że nie wyrosłam na King Konga, mogłam dosiąść bez trudu sanek córci) i szkoda tylko, że zapału starczyło na tak krótki odcinek, bo było bardzo wesoło...
Czasem fajnie poczuć się znowu dzieckiem, zwłaszcza, gdy na co dzień jest się rodzicem...


 

Królowa Śniegu ... w biegu



Me...

 
Maleństwo w swoim żywiole
W objęciach wuja ... buja

Śniegowo i kolorowo...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz