Niedzielne zajęcia mocno mnie wyeksploatowały. Nie dość, że musiałyśmy wykazać się dużą kreatywnością i wyrozumiałością wobec zadań, jakie przed nami postawił prowadzący zajęcia, to jeszcze nieomal nas na śmierć zagadał. Ostatnie zajęcia z panem K. przebiegły w atmosferze gorących dyskusji na kontrowersyjne (choć nie tylko) tematy. Zapewne bił już pokłony Najwyższemu, że to finisz, i więcej już nie będzie musiał przekupować nas ciastem własnego wypieku, ratować drugim śniadaniem, zabawiać dowcipami i opowieściami o znienawidzonym psie swojej drugiej żony... A może się mylę? A może tęsknić będzie do pyskatych, choć sympatycznych jednak kobitek z semestru drugiego... Kto wie?!
Projekt Jagody pt.: Tego kwiatu to pół światu.
Projekt pt.: Aborcja, który wywołał żywą dyskusję pomiędzy nami a wykładowcą, który jako artystyczna dusza wykazał tym razem małą elastyczność...
***
Wieczór na łonie natury był świetnym antidotum na zmęczoną matkę, rozbrykane dziecko i rozleniwionych sąsiadów. A w programie wycieczki:
- Obowiązkowe dokarmianie króliczków...
- Golf w wersji mini (niestety, przegrałam z kretesem)
- Bujanie w obłokach...
- Przez mosty zwodzone wyprawy szalone....
- jak zawsze oblegana TYROLKA
Don Daniello robi podchody ... tj. trzyma kolejkę dla Zuzy
By w tłum dzieci się wmieszać skutecznie, stosuje kamuflaż w postaci Zuzinego kapelusza...
Upewniwszy się, że jako wielokrotny 12-latek nie ma już szans, na szalony zjazd na linie, transportuje dziecko...
Umieszcza dziecko na siedzisku...
Dziecko i Don Daniello synchronizują uśmiechy...
Cała naprzód!!!
Jane nasza domorosła nie chciała opuścić liany.
Po kilku rundach dzikich zjazdów Don D. był cały potem zlany.
I wreszcie, rzadkość w naszym rodzinnym albumie:
NAStroje i nasTROJE.
















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz