środa, 21 lipca 2010

Lady in red


lub jak kto woli Makowa Panienka. Modelka idealna. Efektowna o każdej porze dnia i bez specjalnych zabiegów upiększających. Tu podczas popołudniowego spaceru, gdy upał odpuścił na tyle, by spacer mógł sprawiać przyjemność. Z nieodłącznym pluszowym przyjacielem pod pachą. W końcu misie też lubią się czasem przewietrzyć i zobaczyć co nie co. Nawet te o małym rozumku, choć wielkim sercu.


Cóż, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że jestem beznadziejnym i , niestety, dość pospolitym przypadkiem matki, zakochanej we własnym dziecku. Przejawia się to również w obsesyjnym fotografowaniu małej i rozpływaniu się w zachwytach nad jej kolejną minką, zmarszczoną brwią, trzepoczącą rzęsą, falującym rozkosznie loczkiem... Nie bez powodu mawia się, że dziecko cudem jest. Moje zachwyca mnie wciąż na nowo, rozbrajającym tekstem, zaskakującym gestem, nowymi umiejętnościami... Czasem trudno mi uwierzyć, że ma zaledwie lat dwa, a gada jak mała stara. Salwę śmiechu wzbudziła kilka dni wcześniej, gdy wracając z podróży do domu, i przemierzając ostatnie schody dzielące ją od ukochanego wujka zaintonowała:
- Kurde blaszka, gdzie ten Jarek mój jest...?

Trudno jednak nie tęsknić za wujkiem, który dla swej siostrzenicy wznosi się na wyżyny architektonicznego kunsztu, stawiając tak niezwykłe budowle...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz