Wróciłam z ukropu tzn. z urlopu.
I przyznać muszę, znów cierpię katusze.
Rzec można całkiem niewinnie, że wpadłam z deszczu pod rynnę.
Tylko w przenośni, niestety. W mieście temperatura jak z Krety.
I marzę teraz o skrawku cienia, bo słońce nie daje wytchnienia.
Choć wiem, że zgani mnie matka, że straszna ze mnie wariatka.
Płakałam, kiedy padało, i znów znękane me ciało.
Błaga o deszcz i o chłody, w bluszczu ukryte szukając ochłody.
Cóż począć, gdy cierpię Tantala męki, nie zniosę dłużej piekielnej udręki.
Wszak nawet zwierzyna domowa, w podmuchach wiatraka się chowa.
Trudno mamuniu, może masz rację, ja jednak sięgnę po wizualizację.
Z pieśnią na ustach usuwam się w cień, z nadzieją nucąc:
I'm singing in the rain...



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz