Dobrymi chęciami piekło wybrukowane, pomyślałam dziś sarkastycznie. Zamknęłam dziś kolejny miesiąc z cyklu ONE Day One Photo i nie powstał jeszcze ani jeden album. Nie umiem powiedzieć dlaczego. Album styczniowy zaledwie w powijakach. Duszyca, która natchnęła mnie do tego pomysłu, wyjechała na całe dwa miesiące i nie może mnie wspomóc ani w kwestii artystycznej, ani realizatorskiej (nie dysponuję, niestety, specjalistycznym sprzętem bindująco-zespalającym). A tak, gdybym może przysiadła rzetelnie do owego albumu pierwszego przełamałabym złą passę scrapową i z nowymi pomysłami i zapałem zabrałabym się za kolejne albumy...?
A zdjęć pięknych, zabawnych i wartych ujawnienia przez te pól roku trochę się nazbierało.
Jedyny scrap, jaki się ostatnio zrodził, to upominek, zrobiony na prędce (bo w jedno popołudnie) dla pewnej majowej solenizantki.
No cóż, nawet kiedy jest się "tylko" mamą na etacie trudno znaleźć dość czasu na rozwijanie wszystkich swoich pasji. Zwłaszcza jeśli większość z nich jest dość czasochłonnych. Pewnie znajdę go dopiero na emeryturze, bo kolejny rok, to nowe wyzwania i dodatkowe obowiązki, nie mam więc już złudzeń, że na blogowo-scrapowo-decoupażowe szaleństwa nie będzie już zupełnie czasu...
Póki co w trybie pilnym czeka mnie jeszcze:
- wykonanie blatu stolika kawowego + wielokrotne, żmudne zabezpieczanie lakierem
- zaległa taca, dla pewnej jubilatki (dekorowanie papierem, przecieranie, lakierowanie)
- skrzynia skarbów dla małego Maciusia (wszystkie znaki na niebie wskazują, że przyjdzie na świat już w przyszłym tygodniu) - praca u podstaw (czasu niewiele)
Dopóki nie uwinę się z tym kramem nie ma mowy o dłubaniu przy albumach...
W kwestiach bieżących: ludzie dzielą się na bardzo spostrzegawczych i mało domyślnych.
W celu uniknięcia zbytniego rozgłosu i zbędnych spekulacji na temat płci potomka itp. wieści o tym, że spodziewamy się Maleństwa przekazałam specjalnie wyselekcjonowanej grupie osób. Nie spodziewałam się jednak, że efekty będą widoczne tak szybko ... Gdy teściowa (niewtajemniczona) zauważyła, że chyba nieco mi się przytyło, udało mi się obrócić wszystko w żart i nie puściłam pary z gęby. Mocno zdziwiłam się jednak, gdy znajoma pani z osiedlowej biblioteki w mig odkryła mój stan, mimo, że zza wysokiego kontuaru widoczne było jedynie moje popiersie. Chyba jednak nie uda mi się pobić rekordu własnej mamy, której udało się utrzymać ciążę w tajemnicy (o ile mnie pamięć nie myli) do 5 miesiąca... Swoją drogą, ciekawe to zjawisko: brzuch rośnie, a ja chudnę.
Foto wkrótce...
Za to Zuza podczas wczorajszego spaceru prezentowała się wręcz zjawiskowo.
I w przeciwieństwie do mamy, na widok aparatu, wypełza na jej buzię niemożliwie słodki uśmiech.
I w wersji mamuśkowatej... w fryzurze własnego pomysłu.
Poprosiłam dziś dziecię, żeby mi podało smsującą komórkę. Sądziłam, że leży na stole i tam też oddelegowałam malucha pitrasząc w kuchni. Dziecko na stole znalazło torebkę, zanurkowało w niej i wśród skarbów znalazło maminy błyszczyk. Natychmiast postanowiło zrobić z niego użytek.
Z takim oto skutkiem...
I co z tego, że goła. Ważne, że umalowana.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz