w przypadku pięknych pań czysto rekreacyjny,
upłynął w sielskiej atmosferze w plenerze.
Aura wyjątkowo dopisała.
Dzięki bystrości widzenia mojego prywatnego obrońcy praw zwierząt udało się ocalić drugie już w tym miesiącu ptasie istnienie. Znaleziona na szosie młoda jaskółka, nie wyćwiczona jeszcze w lataniu na dłuższe dystanse, została przygarnięta na czas podróży a następnie wypuszczona na bezpieczniejsze dla debiutującej w lataniu latorośli rejony zaprzyjaźnionej działki.
Dla wszędobylskiej dwulatki wiejskie klimaty to prawdziwa radocha.
Poniżej jako buszująca w zbożu.
Samodzielne zrywanie truskawek to jedna z licznych atrakcji.
I choć wyglądały nietęgo, słodkie jak miód.
(W przeciwieństwie do krwistoczerwonych,
lecz wodnistych i często bezpłciowych okazach dostępnych na miejskim rynku.)
Radość dziecięca byłaby niepełna, gdyby nie możliwość nawiązania bliższych znajomości z oswojonymi czworonogami...
Kociak zdawał się być zachwycony porcją dziecięcych pieszczot.
W przeciwieństwie do Inki, ze stoicki spokojem znosił noszenie i tarmoszenie...
Smaki z mojego dzieciństwa: rabarbar z cukrem.
Kwaśni, że aż darł za uszami.
Pyszny!
Urzekł nawet Zuzkę.
Fanka kamieni była tą ich formą i ilością wprost urzeczona!
Prawdziwe jednak oblężenie przeżywała huśtawka rodem z Ikea.
Maksymalny udźwig: 100 kg. (Testowaliśmy!)
Można ją było ujeżdżać w dowolnej pozycji, w dodatku samodzielnie!
(Co w przypadku niezbyt wyrośniętego jeszcze dziecka jest sprawą kluczową.)
Tu wariant z powłóczystym spojrzeniem.
Harce, hulanki, swawola...
I trzech muszkieterów... w trakcie spaceru!
Reasumując: wyjazd bardzo udany.
Dziecko i pies porządnie wywietrzone i wybiegane.
Rodzice nawet dostatecznie wyspani.
(dziecko litościwie dało pospać do 7.30!)
Udało się złapać trochę witamin (ach, te truskawki z rabarbarem!),
kalorii (pyszne, choć banalnie proste w składzie i przygotowaniu ciasto),
i promieni słonecznych...

















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz