wtorek, 29 czerwca 2010

Mumia wstaje z grobu

Mumia, czyli ja. Kwadrans temu wybiła północ, a we mnie wstąpiły jakieś diabelskie siły witalne. Może podczas dzisiejszego wieczornego spaceru odblokowały mi się jakieś czakry..? Tak, z pewnością nastąpiło to podczas rozmowy ze strażnikiem miejskim, którego wezwałam na okoliczność pewnego niezbyt dobrze ułożonego psa... Who knows... Fakt faktem, przyznaję się bez bicia do dwugodzinnej poobiedniej drzemki. Mimo wszystko jednak od tygodni paru padałam na twarz w okolicach 23 i żadna siła nie była w stanie powstrzymać mnie przed nurkiem pod kołdrę. Ale cóż poradzić, ciąża swoje prawa ma... Tymczasem taka miła odmiana: znowu dałam się zahibernować przed komputerem. Powód bardzo prozaiczny: rozgrzebany stolik kawowy, który miał stworzyć zgrany duet z herbacianym kufrem zmusił mnie (tak, tak, jęczał już spod sfatygowanego obrusa prosząc o zmiłowanie) do odwiedzin w jednym z ulubionych internetowych sklepów z akcesoriami do decoupage'u. A tam już wsiąkłam na amen, trójkąt Bermudzki jakiś mnie pochłonął, ale na szczęście udało mi się jakoś wyrwać, i dziwnym trafem przeniosło mnie tym razem na bloga... Ciekawe gdzie wyląduję za godzinę... warto by jednak odnaleźć drogę do łóżka i skraść jeszcze parę godzin snu...
Wracając jednak do sklepu, na papierze, rzecz jasna, się nie skończyło, natchnęło mnie bowiem w kierunku prezentu dla oczekiwanego wkrótce potomka szwagierki (wiem, wiem, zboczona jestem niemożliwie, nie wiem kiedy zdążę go zrobić...), ostatkiem silnej woli powstrzymałam się przed wrzuceniem do koszyka lampy do pokoju Zuzki (tak ciekawie rzeźbiona baza, jak i abażur do samodzielnego zdobienia), choć kusiło jak diabli!

Albo jak można przejść obojętnie wobec takiego cacuszka?


Albo nie oblizać się na widok takich apetyczności?!

Od razu oczami wyobraźni zobaczyłam moje nowe ratunkowe pudełeczko z czekoladkami na chandrę albo ciążowe zachciewajki... Akurat mam na stanie kilka blaszanych pudełek różnej wielkości idealnych jako baza do apetycznych schowków na czekoladowe skarby... Dobra nie nakręcam się już, bo rzeczywiście nie zasnę!

   W kwestii Zuzanny (zmieniając temat na mniej tuczący) udało mi się dziś wyczarować na jej niesfornych lokach zgrabnego kucyka, który, o dziwo, wytrwał aż do poobiedniej drzemki! Wydarzenie to nie lada, bo wiadomo, że nawet jeśli przewrotnie zgodzi się na zrobienie fryzury, zwykle znika ona bez śladu zanim zdążę uwiecznić modelkę na fotografii. Bywa i tak, że zapał mija już zanim przystąpię do dzieła. Zuza miętosi spinki, nie wyrażając jednak woli czesania, pytam więc z nadzieją w głosie:
- Uczesać Cię?
- Nie. Nie. - protestuje mała - bo mam śliczne włoski! - dodaje po chwili nieskromnie.


Z kitką przez świat...

Zza krzaka...

By umilić dziecku czas oczekiwania na obiad zaproponowałam zrobienie na balkonie basenu dla lali.
Rolę basenu miała pełnić niewielka miska wypełniona (dla bezpieczeństwa) niewielką ilością wody.
Po chwili z lalkowego basenu dobiegło mnie nawoływanie:
- Mamo! Zobacz!
No i zobaczyła:dużą lalę, całkiem gołą i zachwyconą swoim diabelskim pomysłem...


Zrobiło się niebezpiecznie późno. Zawijam do portu. Ciao, amigos!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz