Wieczór pod znakiem Fervexu. Myślałam, że znów ujawniła się moja alergia (jak zawsze przy poważniejszych porządkach dopadł mnie i tym razem upierdliwy katar), ale tym razem to jednak grubsza sprawa. Nos zatkany, gardło boli, głowa pęka, z godziny na godzinę ulatuje ze mnie energia i zapał do działania. A miałam szczere chęci i mocne postanowienie popracować dziś solidnie nad projektem pokoju na zajęcia. I znowu na dobrych chęciach się skończy.
Nie pozostaje mi dziś nic jak wskoczyć grzecznie w piżamkę i odpłynąć w objęcia Morfeusza (tym bardziej, że z powodu Zeruyi Shalev zarwałam kawał wczorajszej nocy).
Kuchenny dialog z Zu.
Jak co wieczór szykuję małej mleko i rzucam znad parującego kubka:
- Oj, ten tata, znowu zwinął nam gdzieś wodę.
Dziecko ochoczo podchwytuje temat:
- Tata łobuz jeden jest.
- Łobuz, łobuz - potwierdzam.
- Łobuz, że ho ho! - ze znawstwem stwierdza mała.
***
Uchwycone podczas spaceru





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz