poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Dziś są moje urodziny!

Moje czyt. Zuzanny, która to z dumnie wypiętą piersią, na pytanie ile masz lat, kochanie, odpowiada: DŁA, wznosząc ku górze swe dwa prześliczne paluszki.
Trudno mi uwierzyć, że to już 732 dni minęły od chwili, gdy w piątkowy wieczór krótko przed północą wyraziłaś swą wolę przyjścia na świat i gdy leżąc w łóżku, zamknięta w gorącym uścisku ukochanego, czując na karku jego miarowy oddech, odliczałam długość przerw między kolejnymi skurczami, zastanawiałam się, balansując na granicy zniecierpliwienia i przerażenia, czy to już. 731 dni od chwili, gdy po raz pierwszy kołysałam Cię w ramionach, gdy dumna i blada rozesłałam w świat komunikat, że oto zostałam szczęśliwą mamą wspaniałej przeszło trzykilogramowej bujnowłosej dziewczynki.
Zatem w dniu urodzin, córeńko kochana, życzę Ci dobrych ludzi i mądrych ludzi wokół Ciebie, beztroskiego i pełnego twórczych odkryć dzieciństwa, zdrowia, nieustającej energii do odkrywania świata i rozwijania swoich talentów.




    Wyprawa na wieś, gdzie celebrowaliśmy urodziny Zuzy, upłynęła pod znakiem zająca, bo... podczas podróży spotkaliśmy dwa kicające w trawie przedstawiciele tego gatunku. Trudno było je uchwycić okiem aparatu, zwłaszcza, że z wysokiej trawy wystawały głównie zajęcze uszy, a słońce oślepiało fotografa.



Goście dopisali: przy urodzinowym stole zasiadły cztery pokolenia.


Najstarsza i najmłodsza przedstawicielka rodu:
prababcia, nie tracąca poczucia humoru i prawnuczka, tym razem zadumana i poważna.


Świeczkę na torcie nieprzypadkowo chyba, na wyraźne życzenie jubilatki, zapalono i zdmuchnięto dwukrotnie!


Zuzka, niczym puchar przechodni, przechodziła z rąk do rąk, a flesze błyskały z każdego zakamarka salonu.

Latający holender był w ciągłym ruchu, z wyjątkiem kilku krótkich chwil, gdy szukał odrobiny wytchnienia na kolanach z dobrą lekturą w garści.


Po wzniesionym toaście, nadszedł czas na prezenty.
Przezornie i ze względów bezpieczeństwa obwąchanych przez Inkę.



Gotowano, budowano, rozmawiano, żartowano...

Przytulano i ..... wzdychano! Dziadek, z Zuzką, mąż z teściową ukochaną!





Gdy pożegnano już przemiłych gości, czas nadszedł rozprostować kości...

Dzień kolejny, niedzielny, mile upłynął, dzięki łaskawości aury, w plenerze: w piasku i na rowerze.





Dziecko w ruchu sfotografować niezmiernie trudno, przyrodę znacznie łatwiej.
Jest równie wdzięczna i do tego cierpliwa.



 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz