rzeki Piedry siadłam i płakałam... Metaforycznie, rzecz jasna. A uściślając siadłam przed obliczem mojego ukochanego lapka, by zrzucić nań i przejrzeć weekendowe fotografie i przy trzecim nieudanym podejściu zawyłam niczym wilk do księżyca. 313 zdjęć nie chciało się już zmieścić na zawalonym fotografiami (choć nie tylko, ale przypuszczam, że w większości) dysku. Niech mi ktoś tylko powie, że od przybytku głowa nie boli, to tyłek skopię i bratki posadzę! Fotografia stała się moim bzikiem, ale i przekleństwem. Zdążam jedynie przerzucać w locie zdjęcia z aparatu, wyrzucać te kompletnie i ewidentnie nieudane i bezustannie ładować baterie, które zazwyczaj i tak nomen omen łypią na mnie czerwonym okiem wskazując stan bliski wyczerpania. Niektóre fotki udaje mi się jeszcze wrzucić skutecznie na bloga, choć ostatnio już bez zabawy w kolaże i też nie codziennie. Projekt "one day one foto" mobilizuje mnie jedynie do bezustannego pstrykania, ale album żaden póki co jeszcze nie powstał (a tymczasem maj za pasem!), o wyłuskiwaniu na bieżąco zdjęcia dnia już nie wspominając. Nie wyrabiam się na zakrętach, mam zbyt niską siłę przerobową, pragnę się sklonować, opanować sztukę wykonywania nie 3, ale 6 czynności naraz (bo zrezygnować z czegokolwiek nie umiem, nie chcę, nie potrafię). Gdyby tak lewa ręka dokonywała obróbki zdjęć, prawa zaangażowała się w scrapowanie, z doskoku smażąc dziecku rybkę lub stosując trening czystości, mogłabym recytować z pamięci SAMOCHWAŁĘ lub LENIA, wprowadzając jednocześnie młodą w tajniki stepowania (w końcu stopy miałabym jeszcze wolne), podczas gdy po uruchomieniu zestawu głośnomówiącego lub skype'a mogłabym się jeszcze skontaktować i uciąć miłą pogawędkę z kimś z bliskich nieobecnych. Albo gdybym tak nabyła umiejętności kinestetyczne mogłabym budować z Zuzią wieżę z klocków/układać puzzle/przewijać lalki itp bez konieczności używania rąk, którym można by w tym samym czasie powierzyć inne czynności jak np. obieranie ziemniaków, zmywanie, prasowanie lub chociażby ozdabianie metodą decoupage, przy jednoczesnej nauce angielskiego i ćwiczeniu mięśni Kegla. Jaka oszczędność czasu? Przyznajcie sami! Koniec dylematu w stylu: dziecko śpi, to czytamy, sprzątamy, wycinamy, gotujemy czy prasujemy, bo można wszystkie te czynności doskonale ze sobą zharmonizować i odpękać za jednym zamachem. Ale się rozmarzyłam.... aż moje przygnębienie, zamieniło się w lekkie rozbawienie ;-)
Urodzinowa fotorelacja musi jednak jeszcze poczekać, gdyż ponieważ dopóki jeszcze nie stałam się nową wielofunkcyjną i wielozadaniową JA, muszę się jednak odkleić od monitora, w celu dokończenia codziennych porządków i obrządków, obiecuję jednak uroczyście w ich trakcie wykonać kilka brzuszków, skłonów, uzupełnić codzienną dawkę płynów, zastosować jakąś pokrzepiającą wizualizację ew. pokonferować z półsennym psem. Zatem: Let's go and see you soon!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz