Rozsypał się worek z nieszczęściami. Bo te, jak przecież powszechnie wiadomo, chodzą parami, choć wg mojej teorii zazwyczaj stadami. Już we środę skoro świt wszystko zaczęło się plątać, a złośliwość przedmiotów martwych zdawała się nie mieć końca. Nawet jeśli są to tylko drobnostki, to w dużym natężeniu mogą doprowadzić do rozstroju nerwowego. Mój system nerwowy ma się ostatnio, z wielu powodów, szczególnie kiepsko, tym trudniej zachować mi stoicki spokój wobec przeciwności losu. Weekend miał być czasem relaksu i odskocznią od codzienności.
Dziecię potraktowało to całkiem dosłownie. Gwoli ścisłości powinnam rzec nawet w liczbie mnogiej, bo Zu brykała na jawie, zaś tajemnicze maleństwo fikało kozły w brzuchu niczym wytrawny akrobata narażając mnie na niezbyt przyjemne doznania zmysłowe. Nie dość, że czuję się już jak dorodny hipopotam, to w dodatku mam wrażenie jak by mój brzuch zasiedliło wyjątkowo rozbrykane źrebię.
I nim nieśmiało zdążyłam pomyśleć, że może zła passa wreszcie odpuści, złośliwy los znowu sobie ze mnie boleśnie zadrwił. Na domiar złego dziś rano jak obuchem w łeb na łopatki rozłożyła mnie wiadomość o odejściu ulubionej przedszkolanki Zuzi, pani Asi. Dobiła mnie ta informacja już zupełnie...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz