Znów się słaniam... :-(
Primo: nie mogę się zmobilizować do pójścia spać o przyzwoitej porze. Sen przed północą - a co to takiego?! Samobiczuję się za to (mentalnie)okrutnie, lecz, niestety, bezskutecznie. Worki pod oczami do pasa, o poranku wita mnie znowu wymęczone oblicze litościwie prosząc o zmiłowanie. Zmarszczek już nawet nie liczę. Niestety perspektyw na długi i kojący sen w najbliższej przyszłości brak...Na myśl o kolejnych nocnych pobudkach aż dostaję dreszczy i to bynajmniej nie podniecenia... ale co poradzić, kiedy w nocy najlepiej mi się pracuje?
Secundo: w nocy gardło okropnie daje mi się we znaki. Sama czuję się jak jedno wielkie obolałe gardło. Z nosa tryska jak z fontanny. Zyrtec nie działa - do kosza z tym całym badziewiem! Od początku ciąży faszeruję się tym antyalergicznym świństwem i wciąż jestem baaaardzo pociągająca. Ale dosyć tych zdrowotnych wynurzeń. Może tak dla odmiany słówko o pogodzie? Temat zawsze na czasie...
A tak serio: koniec października zaskoczył nas przyjemnym wzrostem temperatury! Jesienny spacer był bardzo udany i sprawił nam dużą przyjemność. Zatkane nosy mogły nieco odetchnąć świeżym powietrzem a przepełnione energią nóżki wybiegać na pobliskim (opustoszałym, o dziwo!) placu zabaw...
Zu na huśtawce...
a mama, tradycyjnie już, w krzakach...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz