Od dni kilku salonowy stół tonie w skrawkach papieru, wstążkach, guzikach, stempelkach, kredkach, dziurkaczach i innych akcesoriach oraz narzędziach malarskich. Tonie i stół, i podłoga i inne przyległości. Mąż cierpliwie znosi banicję na stolik kawowy, choć nieco gorzej moją nieobecność w małżeńskim łożu... Scrapowanie jest jednak jak narkotyk: wciąga i uzależnia, zaburzając poczucie czasu.
No cóż: jedni chandrę zajadają czekoladą (choć i ja nie pogardzę), inni potrzebują czymś zająć nie tylko ręce, ale i myśli. Wycinam więc i wyklejam na potęgę. Dziecię towarzyszy z doskoku dorzucając co i rusz własne materiały na przepełniony już i tak roboczy blat i układa guziki, lepi plastelinowe ludziki, wykleja i rysuje. Słowem realizuje własne pomysły twórcze. Tak upływają nam wieczorno-nocne godziny wietrznego i chłodnego października.
Dziś ogarnęłam nieco nasze domowe atelier (z uwagi na zaproszonych gości)
i porządkując materiały zrobiłam bilans:
i porządkując materiały zrobiłam bilans:
- magiczny domek na pożegnanie pani Asi (miało być proste etui na zakładkę do książki, wyszła budowla przestrzenna jako zobrazowanie pewnego motta)
- dwa albumy, gotowe do zasiedlenia przez kwietniowo-sierpniowe zdjęcia (niestety, jeszcze nie wywołane)
- kilka plastelinowych stworów + motor na specjalne zamówienie Zu
- rysunkowe abstrakcje Zuzi
- nowe stronki w albumie lutowym, wygrzebanym z czarnego kąta
Nic tak człowieka nie wprawia w dobry nastrój, jak ciekawe efekty artystycznych eksperymentów.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz