a koniec żałosny. Zapowiadał się spokojny rodzinny weekend. Tymczasem było owszem, rodzinnie, ale spokojnie z pewnością nie... Ledwo zdążyliśmy pozbyć się gipsu, by dziecko mogło się wreszcie cieszyć pełną swobodą ruchów, kiedy na horyzoncie pojawiły się kolejne zdrowotne perturbacje. Zuzka przechodziła swoją pierwszą poważną chorobę. Od soboty walczyliśmy z wysoką gorączką, która pojawiła się nagle po powrocie z sobotniej wycieczki na Barbarkę.
Zu nieco bardziej zamyślona niż zwykle, jednak z radością dokarmiała króliczki.
Zu nieco bardziej zamyślona niż zwykle, jednak z radością dokarmiała króliczki.
I z uśmiechem na ustach oddawała się ulubionemu bujaniu...
Mimo kataru z ociąganiem dała się odtransportować do domu, by tam paść już niczym pies Pluto.
Kiedy w niedzielę dołączył ból gardła, chrypa i pojawiły się trudności z oddychaniem, straciłam złudne nadzieje, że to może niegroźna trzydniówka, która rozejdzie się po kościach. Słysząc przez telefon zbolały głosik cierpiącej wnusi dziadek niewiele myśląc zarządził zbiórkę i po dwóch godzinach zjawił się wraz z babcią by utulić maleństwo w chorobie...



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz