poniedziałek, 8 listopada 2010

Biednemu wiatr...

I wiatr, i deszcz, i choróbska wszelkie i żeby mu za dobrze nie było, choć już i tak w domu jak w klatce siedzi, to jeszcze awaria drukarki! A co tam - niech ma! Szkoda, że los tak szczerze przyjemnościami nie obdarza...
Za to złośliwości losu, mniejsze i większe, sypią się jak z rękawa! Po uroczym, bajecznie słonecznym weekendzie nastał prawdziwy ponury listopad. Miałam szczery zamiar nie poddać się chandrze i rzuciłam się w wir pracy nad albumami. Ruszyłam z kopyta i wszystko szło sprawnie dopóki nie zaprosiłam do współpracy szanownej drukarki. Małż załatał jakoś uszkodzony zasilacz, ku mej uciesze, lecz nim wybrzmiały na jego cześć peany złośliwe bydlę wypluło z siebie jedną karteczkę po czym bezczelnie odmówiło wszelkiej współpracy! Na nic modły, prośby, zaklinanie, straszenie eksmisją i twardym lądowaniem! Bezduszne ustrojstwo zacięło się w swej złośliwości doprowadzając mnie do szewskiej pasji. Naprawiać podobno nie warto... wypada więc dopełnić dzieła i groźby wprowadzić w czyn. Niestety, bez cienia satysfakcji czy ulgi. I jak tu być optymistą?!


2 komentarze:

  1. wieje, wieje, ile to moze wiać?mamy klimat umiarkowany? prawda?

    OdpowiedzUsuń
  2. Sama chciałabym to wiedzieć...
    Może z Nowym Rokiem chociaż bardziej przychylne wiatry nadciągną? Oby!

    OdpowiedzUsuń